„Mamo, zaufaj mi!”

Kilka dni temu przeżyłam sytuację, która spięła wiele moich ostatnich przemyśleń jednym słowem: zaufanie.

To był wyjątkowy dzień w wyjątkowym tygodniu, spędzony w nieswoim domu, inaczej niż zwykle. Jemy razem z córką śniadanie, jej Taty akurat z nami nie ma, jest za to Babcia. Tego dnia niby nic takiego się nie wydarzyło – ot, rozmawiamy, życie się toczy, ale raz czy drugi padły jakieś słowa, które w końcu skłoniły mnie do odpowiedzi, która jest tytułem wpisu. Powiedziałam ni mniej ni więcej, jak: „Mamo, zaufaj mi. Proszę.”

Chwilę później zrozumiałam, jak wielki jest sens w rozmawianiu z innymi rodzicami właśnie o zaufaniu – bo ma ono międzypokoleniowe znaczenie. Jest albo go nie ma. Jest bezwarunkowe albo ograniczone. Buduje… albo rujnuje.

Jak silnie potrafimy w siebie zwątpić, gdy ktoś tak bliski, jak mama, oczywiście w dobrej wierze, sugeruje nam, że nasze dziecko powinno zjeść więcej, być cieplej ubrane, chodzić w skarpetkach albo spać w określonym miejscu, czasie… czy cokolwiek innego. W jednej chwili budzi się w nas sprzeciw, złość a jednocześnie to zwątpienie, które czasem potrafi „siedzieć” w nas bardzo długo… i rozlewać się na inne podejmowane przez nas aktywności czy wyzwania.

Ale co z tym zaufaniem?

Zaufanie to coś, co możemy zaproponować dziecku od pierwszej chwili po narodzinach, stawiając na słuchanie jego i siebie, na jego i swoje potrzeby. Ufając dziecku i słuchając go (nie mylcie proszę tego określenia z byciem posłusznym dziecku, chodzi tu o nastawienie na rozumienie dziecka, jego komunikatów w odniesieniu do jego potrzeb) budujemy z nim ważną relację, która będzie dla niego fundamentem dla wszystkich pozostałych relacji w życiu – relacji przyjaźni, relacji partnerskiej, a w końcu – także relacji, którą ono samo nawiąże ze swoimi dziećmi, a naszymi wnukami. Jeśli chcemy, by potrafiło ono zaufać swoim bliskim, najpierw musi zaufać sobie. A żeby zaufało sobie… to najpierw musimy zaufać mu MY.

Dziecko może doświadczyć będąc z nami, że gdy jest głodne to może jeść, a gdy nie jest głodne – to może nie jeść (bo istotą jedzenia jest zaspokajanie głodu, a nie spożywanie pokarmu „pod kreskę”), gdy jest zmęczone to może spać, a gdy nie jest – to nie usypia się go tylko dlatego, że zegarek pokazuje określoną godzinę. Gdy zaś jest mu za ciepło, to może na spacerze zdjąć rękawiczki albo czapkę pokazując nam być może, że „fajnie byłoby mamo, gdybyś ubierała mi o jedną warstwę mniej” a niekoniecznie jest złośliwcem, który „nie rozumie, że zaraz się przeziębi” (tak, z tym zdejmowaniem czapki to sytuacja z całkiem niedawnego życia wzięta – zdjęłam z nóg Laurki kocyk i czapka wróciła na swoje miejsce – mało brakowało, a krzyknęłabym „Eureka!”;) ).

Dla kontrastu, dziecko może też doświadczyć, że jego odczucia i potrzeby nie mają najmniejszego znaczenia, że to rodzic, a nie ono samo, wie najlepiej kiedy powinno zjeść, napić się, ubrać coś cieplejszego, pójść spać bądź – co gorsza – bać się albo smucić („No nie bój się, nie płacz, przecież nic się nie stało!” – znacie?). Takie doświadczenia budują w nim przekonanie o własnej niemocy, o totalnym braku wpływu na to, co się z nim dzieje. Dziecko może utracić zaufanie do rodzica (co może nas kiedyś zdziwić w postaci poważnych problemów, o których dowiedzieliśmy się zdecydowanie za późno) i przede wszystkim – wątpić w siebie przy każdym wyzwaniu, którego się podejmie. Jego krytyk wewnętrzny będzie co najmniej zadowolony!

Wiele zachowań dziecięcych, które z łatwością kategoryzujemy jako bunt, nieposłuszeństwo to ukryty komunikat „Zaufaj mi, Mamo!” albo „Mamo, chcę ci powiedzieć coś ważnego, ale nie umiem inaczej”.
Czasem niewiele trzeba, by między rodzicem a dzieckiem zaistniało porozumienie zamiast walki i siłowania się. Dużo łatwiej o to porozumienie, gdy jako dorośli, odpowiedzialni w pełni za to, jak układa się relacja z Maluchem, zejdziemy z piedestału tych „wiedzących lepiej” i pozwolimy mu dojść do głosu. Gdy jego zachowanie zaczniemy interpretować w kategoriach komunikatu o tym, co dzieje się z nim tu i teraz. Gdy damy również sobie chwilę na wsłuchanie się we własne emocje – gdy zrozumiemy własną złość w starciu ze złością dziecka, i godząc się na nią postanowimy być razem z dzieckiem, a nie przeciwko niemu.