Moja najważniejsza lekcja macierzyństwa.

Miało być treściwie, konkretnie, trochę nawet naukowo. A jednak, skończy się na dość osobistym wpisie o tym, czego zupełnie nie spodziewałam się myśląc o zostaniu Mamą.

Opowiem Wam krótko, jak to jest. Albo raczej, jak to było u mnie… Zaczęło się niewinnie, bo przecież tylko od ‚wzorowego’ przygotowania do bycia rodzicem na studiach psychologicznych. Ot takie nic, a z drugiej strony – tak wiele. Rzeczywiście myślę, że te studia niesamowicie mnie zmieniły, wzbogaciły i dały mi bardzo ważną „bazę” teoretyczną, uzupełnioną doświadczeniami z praktyk i staży, do myślenia o dzieciach w sposób, który teraz pozwala mi budować z L. niesamowitą relację. Czułam się więc pewnie w tym, jaką mamą chcę być, jak będę rozumiała zachowania mojego dziecka, jak będę na nie reagować.

Jednak dokładnie w chwili, w której mamą w końcu zostałam otworzyła się przede mną niezliczona ilość obszarów, w której nie wiedziałam absolutnie nic. A nawet jeśli wiedziałam cokolwiek to totalnie nie byłam przygotowana do przełożenia tego na codzienną praktykę. Od karmienia, po zasypianie, kąpiel, noszenie – słowem: całą pielęgnację, rozszerzanie diety, i wszystko inne, co może człowiekowi przyjść na myśl w skojarzeniu z hasłem: niemowlę. Pamiętam jakby to było wczoraj, jak w pierwszym miesiącu niemal każdą chwilę snu Laurki spędziliśmy z Adamem na randkach z wujkiem Google w poszukiwaniu odpowiedzi na tysiące pojawiających się pytań…

Wszystko byłoby prostsze, gdyby ktokolwiek przed narodzinami Małej powiedział nam, że oczywiście – niepokoimy się, bo to wszystko jest dla nas nowe. Że jesteśmy zapewne przerażeni wręcz, ale że naprawdę wolno nam i powinniśmy zaufać swojej intuicji. Że spanie z dzieckiem to nic złego, że karmienie co godzinę przez godzinę to też norma, że potrzeba bycia blisko (czyt. najczęściej na rękach) non stop często jest podstawową potrzebą małego człowieka (stąd dla rodziców takich maluszków chusta bywa wybawieniem, ale i pozostałym rodzicom zdecydowanie ułatwia życie). Że warto zaufać sobie i nie dawać się wpędzić w ślepą uliczkę schematów, oczekiwań, porównań i po prostu pójść za własnym, niepowtarzalnym dzieckiem i za swoimi potrzebami. O ileż byłoby nam wtedy łatwiej…

To, do czego zmierzam to fakt, że przez pierwsze miesiące stawałam się coraz „mądrzejszą” mamą. Czytałam, czytałam, wiedziałam coraz więcej… i szybko poczułam, że jestem alfą i omegą w tych wszystkich rodzicielskich niuansach i zagwozdkach. Wiedziałam już, jakie są zalecenia takie i śmakie, że ze spaniem może być tak albo siak. Że karmić tak jest dobrze, a siak już niekoniecznie. I wpadłam z deszczu pod rynnę – bo nagle zupełnie zapomniałam o podstawowej rzeczy, którą jako pierwszą przyswoiłam w dwóch najważniejszych latach moich studiów – że kluczem do budowania kontaktu (wtedy mówiliśmy głównie o dzieciach, ale to prawda aktualna również w innych relacjach) jest zrozumienie, a nie ocena.

Zanim doszłam do miejsca, w którym jestem teraz zdarzyło mi się wielokrotnie ocenić po pozorach, wystawić nieuprawnioną i niesprawiedliwą cenzurkę, zdarzyło mi się nawet mieć chęć, by zwrócić komuś na coś uwagę, po prostu wytknąć „błąd”. Komuś… rodzicowi! I to najczęściej znajomemu 🙂 I to szczególnie na sposób noszenia Malucha. Pół biedy, że na chęciach się kończyło…

To był proces, który trwał, musiałam dojrzeć do tego, by stwierdzić, że warto jest mówić tam, gdzie jest chęć wysłuchania nas, że warto jest dyskutować z tym, co rzeczywiście, faktycznie, autentycznie i naprawdę przynosi bądź nie przynosi korzyści i że warto pamiętać, że to Rodzic ma zawsze prawo do podjęcia ostatecznej decyzji co do tego, jak wychowuje swoje Dziecko, które zna jak nikt inny.

Każdy chce to zrobić jak najlepiej i każdy jest otwarty na dyskusję – póki chcemy się wzajemnie rozumieć a nie oceniać.

Zaczynajmy więc od tego, by pytać. Pamiętajmy, że zawsze jest coś, czego nie wiemy, a innymi słowy – nigdy nie wiemy wszystkiego – o tej drugiej osobie, o sytuacji jakiej jesteśmy świadkiem.

Zawsze zaś to, co widzimy jest czegoś sygnałem. Czegoś, co dzieje się wewnątrz. Nawet tak prosta i często spotykana rzecz, jak przerwanie karmienia piersią zazwyczaj wyrasta z niepokoju o wartość pokarmu, czy jego ilość. Z obawy o to, co pomyślą o mnie inni, z braku wsparcia z zewnątrz. Podniesiony głos w słowach kierowanych do dziecka może wynikać z poczucia bezradności, zmęczenia, frustracji wynikającej z niezaspokojonych własnych, dorosłych potrzeb.  Czasem to wszystko wynika z niewiedzy – ale niewiedzy zawsze towarzyszy jakieś przeżycie, które być może jest jak uchylone drzwi do tej wiedzy właśnie i rodzicielskiej satysfakcji.

„Czy potrzebujesz pomocy? Czy jest to dla Ciebie kłopot? Czy chcesz o tym więcej porozmawiać? Co o tym myślisz?” – to takie proste pytania, a tak wiele mogą zmienić w rozmowie, w której dominują porównania i liczby – waga, wzrost, ilość zębów, łyżeczek zjedzonego obiadku albo przespanych godzin w nocy.

Bądźmy dla siebie i ze sobą, a nie obok i przeciwko sobie.

 

 

P.S. W tekście umieściłam kilka odnośników do wspaniałych wpisów na blogach, które sama czytam. Enjoy! 🙂