Oczywiście, że się stało!

Wyobraź sobie, że nurkujesz. Na dużą głębokość. Razem ze swoim najlepszym przyjacielem, któremu ufasz bezgranicznie. Ty dopiero zaczynasz – ale już jesteś w pełni zafascynowany tematem, podejmujesz kolejne wyzwania i sprawia Ci to ogromną frajdę.

Jesteście przy łódce we dwójkę, więc Twoje poczucie bezpieczeństwa w pełni zależy od Twojego przyjaciela.

Schodzisz pierwsza(y), za Tobą jest przyjaciel. Czujesz się bezpiecznie, wiesz, że gdyby cokolwiek się stało – on wie co robić. Przecież jest dużo bardziej doświadczony od Ciebie.

Jesteście już całkiem głęboko, prawie u celu, jaki sobie założyliście. Czujesz totalną ekscytację pomieszaną z lekką obawą.

Nagle odwracasz się…

…i jesteś sam(a).

…zupełnie sam(a)!

Czujesz choć trochę to totalne przerażenie, którego rzeczywiście doświadczył(a)byś, będąc w takiej sytuacji? Ten obezwładniający lęk, związany z utratą poczucia bezpieczeństwa?…

Co poczuł(a)byś, gdybyś w tej właśnie sytuacji usłyszał(a) słowa: „Nic się nie stało”?…

…”Przecież tylko na chwilę odpłynąłem, no już się tak nie denerwuj!”

Wiem, że czasem przyjęcie i zrozumienie perspektywy drugiej osoby jest wyzwaniem. Zwłaszcza przyjęcie perspektywy dziecka, które wbrew wciąż obecnym w naszym społeczeństwie założeniom – czuje i rozumie bardzo wiele od pierwszych chwil swojego życia. Zwłaszcza, że dziecięcy świat dla nas, dorosłych, wydaje się dość odległy i obcy.

Kiedy mówisz „nic się nie stało”, Twoje dziecko może usłyszeć jedynie: „Twój strach/smutek/zaskoczenie nie mają dla mnie znaczenia. Nic mnie nie obchodzi, że ta sytuacja jest dla Ciebie trudna albo niezrozumiała.” Prawdopodobnie to właśnie usłyszał pewien chłopiec, który bawiąc się świetnie na placu zabaw został pozostawiony na nim pod okiem zaprzyjaźnionej pani, opiekunki innego dziecka przez dosłownie 5 minut – o czym nie został uprzedzony. Właśnie na te 5 minut przypadł moment intensywnego poszukiwania taty, wielkiego przerażenia, płaczu. Właśnie po tych 5 minutach padło owe „nic się nie stało”.

Dziecko nie zrozumie, że jego emocje są dla nas, dorosłych trudne do udźwignięcia i wolelibyśmy, by radziło sobie samo – póki to my jesteśmy jego rodzicami, to my mamy codzienne wyzwanie wspierania go w radzeniu sobie z jego emocjami. To my możemy mu pokazać, że człowiek ma prawo do każdych uczuć i że w trudnych chwilach warto zwrócić się do kogoś bliskiego, kto ze zrozumieniem wysłucha. Przytuli. Doda otuchy.

Kiedy mówisz: „widzę, że się wystraszyłeś/zasmuciłeś” albo pytasz: „chyba jesteś tym zaskoczony?” dajesz swojemu dziecku jasny komunikat: „Twoje uczucia są dla mnie ważne, chcę cię wysłuchać i pomóc ci uporać się z tą trudną, być może nową dla ciebie sytuacją. Masz prawo do okazywania swoich emocji tak, jak potrafisz.” Otwierasz drogę do rozmowy, wspierasz w regulacji napięcia, które narosło w dziecku, budujesz jego poczucie własnej wartości przez autentyczny przekaz o bezwarunkowej miłości, którą je darzysz.

A. Kohn w Wychowaniu bez nagród i kar napisał: „…liczy się przesłanie, które trafia do dzieci, a nie to, które, jak nam się wydaje, wysyłamy”.

Niech chęć poznania perspektywy naszych dzieci towarzyszy nam na co dzień, jak najczęściej!

 

źródło zdjęcia: pixabay.com

 

 

 

  • Gaga

    Bardzo piękne słowa. Przyjęło się jakoś w naszej kulturze, że „trzeba być twardym a nie miętkim”. Ale czy to oznacza ignorowanie emocji? Jak utrzymać „zdroworozsądkowy” stosunek do swoich emocji (bez patologicznej koncentracji na sobie) i pozostawać przy tym wciąż w zgodzie ze swoimi poczuciami?
    Na pewno nie ignorując – tak jak zauważyłaś. Nie trzeba koniecznie empatyzować z drugą stroną i wczuwać się w czyjąś rolę. Moim zdaniem samo zaakceptowanie czyichś emocji, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy, jest kojące.
    Ale może to i lepiej, że dopiero się tego uczymy. Bo inaczej psychologowie mieliby bardzo mało pracy (:

    • Linda Grześkiewicz-Strumidło

      Bardzo Ci dziękuję za głos 🙂
      Rozumiem Twoją obawę, że z empatią można przesadzić. Wiesz, wydaje mi się, że bycie w kontakcie ze sobą i rozumienie swoich emocji nie stoi w konflikcie z rozumieniem innych, wręcz jest pierwszym krokiem do działania dla nich i na ich rzecz (chyba, że nie rozróżnimy motywacji w podejmowanym przez siebie altruizmie – można przecież działać dla kogoś ze strachu o ocenę samego siebie wydaną w otoczeniu, albo też rzeczywiście zauważyć czyjąś potrzebę i zadziałać z radością, z własnej potrzeby dzielenia się, sensu, etc.)
      Myślę, że z empatią jest jak ze szklanką, którą ciągle mamy przy sobie i poziom wody w niej nieustannie się zmienia (możliwe, że gdzieś przeczytałam takie porównanie, ale nie pamiętam źródła). Wzrasta, gdy ktoś okaże nam zrozumienie i opada, gdy czujemy się samotni i nierozumiani. I jak mówią, „z pustego to i Salomon nie naleje” – a więc dopiero, gdy w naszej szklance coś będzie, będziemy gotowi zrozumieć innych. Stąd (niestety) tym trudniej jest nam i naszym dzieciom, gdy oczekujemy zrozumienia, a sami nie jesteśmy, bądź oni nie są, rozumiani.
      Zgadzam się z Tobą, że akceptacja czyichś emocji jest kojąca, że samo ich dostrzeżenie i odróżnienie od własnych uczuć pozwala uzyskać nową perspektywę.
      Piszesz też, że to dobrze, że dorastamy do empatii – tak, to daje mi dużo radości, widzę coraz częściej, że idziemy w dobrym kierunku 🙂 a jednocześnie często czuję bezradność, rezygnację, gdy przypominam sobie, że to dla nas ludzi tak naturalne, a stało się tak trudne przez to nasze „ucywilizowanie”.
      Ściskam mocno! 🙂
      P.S. Wciąż dopiero uczę się obsługi wordpressa, stąd to całe zamieszanie około komentarzowe! Od dziś powinno być lepiej z komunikacją na tej stronie 😉