Dlaczego moje dziecko idzie z obcą sąsiadką na rehabilitację, czyli co ma więź do gwałtu i uprowadzenia.*

Jakiś czas temu przez kilka dni bardzo męczyła mnie pewna kwestia, z którą nie byłam w stanie poradzić sobie ani jako matka, ani jako psycholog. Ba, bycie psychologiem dziecięcym, poświęcającym wiele uwagi emocjom nic a nic mi nie pomogło, bo moja własna bezradność, złość i zagubienie między tym, czego potrzebuję a co powinnam zrobić i co wypada a co nie wypada mnie… pokonały.

Chcę Was tym wpisem skłonić do głębszej refleksji nad funkcją przywiązania. Nad tym, jak ta cała więź może i ma „zadziałać” w dłuższej perspektywie czasowej oraz jakie mogą i mają zaistnieć ważne konsekwencje bycia wrażliwym emocjonalnie dla naszych dzieci. Najpierw jednak kilka konkretów.

Nasze dzieci uczą się wszystkiego o świecie od nas…

…nie tylko na poziomie faktów, również, albo przede wszystkim – na poziomie emocjonalnym. To my naszym zachowaniem i słowami pokazujemy im, co jest bezpieczne, a co nie, co może być źródłem radości, przyjemności, złości albo smutku. W toku rozwoju dzieci przyjmują tą wiedzę na różny sposób począwszy od reakcji na hormony mamy, które docierają przez łożysko do dzidziusia w brzuchu, przez bezbłędne i czułe wychwytywanie emocji mamy w jej mimice, gestach, tonie głosu etc. po narodzinach, skończywszy na umiejętności nazywanej społecznym odwoływaniem się (social referencing), która pojawia się pod koniec 1 r. ż. i pozwala dziecku w pełni świadomie korzystać z informacji o świecie przekazywanej od rodzica słowami bądź gestem. Wygląda to na przykład tak, jak na filmiku poniżej: dziecko jest z mamą w nowym miejscu i jeśli czuje się niepewnie zerka na mamę i szuka „w niej” informacji, czy eksplorowanie go będzie OK. Wystarczy gest – uśmiech bądź przerażona mina. To bardzo ważna kompetencja społeczna, która jak się domyślacie ma znaczenie ewolucyjne i przystosowawcze – maluchy muszą polegać na informacjach od rodziców, bo to daje gwarancje przetrwania.

Czujność wobec obcych

Po etapie wzmożonego lęku przed osobami obcymi, który przypada na okres 7-8 miesiąca życia dziecka i jest związany z rosnącą świadomością różnic między osobami w otoczeniu dziecka (po pierwsze, odróżnianiem siebie od opiekuna a po drugie, odróżnianiem opiekuna od pozostałych osób), przychodzi czas na utrzymującą się i zupełnie prawidłową czujność względem osób obcych. Zazwyczaj dziecko spotykając nową osobę przestaje reagować przestrachem ale naturalne jest, że musi się z tym kimś stopniowo oswoić, zanim wgramoli się na kolana czy pójdzie za kimś obcym w świat. To znów jest ewolucyjne przystosowanie gwarantujące bezpieczeństwo maluchowi coraz bardziej zdolnego do samodzielnego poznawania świata.

Emocje przyjemne i te mniej…

Emocje jakich wszyscy doświadczamy można podzielić na dwie kategorie: przyjemne i nieprzyjemne. Nieprzyjemne nie oznacza złe. Bardzo często emocje wliczane do kategorii „nieprzyjemnych” są konstruktywne, mobilizujące i pod względem ewolucyjnym mają znaczenie ochraniające – jak np. strach powodujący ucieczkę przed zagrożeniem. Przywykliśmy jednak do tego, by dążyć do eliminowania stanów nieprzyjemnych, co bardzo utrudnia nam korzystanie z nich – wszyscy chcemy być szczęśliwi, radośni, spełnieni ale zupełnie nie rozumiemy własnej złości, smutku, frustracji i totalnie nie potrafimy sobie z nimi radzić. Szkoda – tym bardziej, że każda emocja niesie z sobą ważną informację, którą przy odrobinie chęci można przekuć na pogłębienie samoświadomości i zacieśnienie relacji z drugą osobą. Ale o tym kiedyś indziej…

Akceptacja źródłem zaufania do siebie

Szacunek wobec przeżywanego przez dziecko lęku i wrażliwe odpowiadanie na niego (dawanie dziecku komunikatu: odczuwasz lęk/smutek/złość i to jest OK, odczuwasz te emocje ale nie jesteś nimi, odczuwasz złość ale nie jesteś zły!) są dla dziecka źródłem zaufania do samego siebie i przekonania, że to, co ono czuje jest ważnym źródłem informacji. Towarzyszenie dziecku w przeżywaniu wszystkich emocji – tych przyjemnych i tych nieprzyjemnych, wspieranie go w złości czy smutku a nie ganienie w tych trudniejszych chwilach buduje w dziecku nie tylko poczucie własnej wartości, ale też autonomię dziecka i jego przekonanie o możliwości decydowania o sobie i… dla siebie, a nie dla innych. Spodziewam się, że w tym miejscu wielu z Was zarzuci mi, że to prosta droga do „wychowania” terrorysty egocentryka. Moja odpowiedź na taki zarzut jest krótka – żeby dojrzeć do szeroko pojętego altruizmu trzeba przeżyć co najmniej 5 lat życia, a żeby być w ogóle do niego zdolnym najpierw trzeba umieć zatroszczyć się o siebie.

…a teraz do rzeczy.

Kilkukrotnie doświadczyłam ostatnio sytuacji, w których obce osoby zaczepiały nas w publicznym miejscu – na klatce schodowej, przed blokiem, w parku i w sklepie. Zagadywały, komentowały to, co robimy. Że idziemy, że L. się uśmiecha etc. Nie byłoby w tych pogawędkach nic dziwnego i zaskakującego, gdyby nie to, że nieoczekiwanie, nagle, ni stąd ni zowąd słyszałam:

– A chodź ze mną, chodź! – wraz z zapraszająco wyciągniętą ręką sąsiadki czy zupełnie obcej, pierwszy raz na oczy widzianej osoby;

– No chodź ze mną, nie bój się! – tu oprócz wyciągniętych rąk, niebezpiecznie szeroko otwierają się moje oczy ze zdumienia;

– A chodź, no przyjdziesz do mnie? Nie wstydź się! 

– Chodź, chodź! Pojedziesz ze mną na rehabilitację?

Serio, serio. Nie uwierzyłabym, gdybym sama nie przeżyła.

Za każdym razem po fakcie zastanawiałam się, czy naprawdę jako społeczeństwo nie zdajemy sobie sprawy z niebezpieczeństwa jakie takim zachowaniem sami ściągamy na dzieci w naszym otoczeniu? Z jednej strony oczekujemy, że obce dziecko przyjdzie do nas na ręce, pójdzie z nami za rękę choć kilka kroków – bo przecież mamy dobre zamiary, chcemy spędzić parę miłych chwil w towarzystwie wesołego dwulatka…

A z drugiej jesteśmy przerażeni, gdy jakiś maluch nie zważając na okoliczności odchodzi z obcym sobie człowiekiem, bo ten zaproponował mu czekoladę. No jak to możliwe, gdzie byli jego rodzice? Jak mogli go nie ostrzec przed takim niebezpieczeństwem? Jak mogli go nie dopilnować?…

My wszyscy mamy wkład w to, na ile dzieci wokół nas ufają swojemu naturalnemu instynktowi samozachowawczemu, na ile potrafią zachować równowagę w eksplorowaniu świata i powracaniu do rodziców, na ile – jak to mówią – „pilnują się” rodzica. Paradoksalnie, wcale nie sprzyja temu „uczenie” samodzielności na siłę, odrywanie od mamy wtedy, gdy jest ona dla dziecka ostoją bezpieczeństwa (moje ulubione sytuacje z różnego rodzaju świąt czy imprez rodzinnych, gdy nagle wszystkie dawno nie widziane – a więc zasadniczo raczej obce dziecku osoby próbują zaspokoić swoją potrzebę bliskości i rozrywki chcąc brać malucha na ręce, nie zważając totalnie na jego decyzję w tym zakresie, ignorując nawet jego jasne i wyraźne „nie„!) czy ogólne, szerokopojęte ignorowanie przeżyć malucha w różnych trudnych dla niego sytuacjach. Temu, by dziecko potrafiło zaufać sobie sprzyja zaufanie dane jemu i coś niepodważalnie podstawowego – szacunek. Szacunek, który przecież należy się dorosłym, a wciąż tak trudno przychodzi nam okazywanie go dzieciom. Szacunek, który najłatwiej zbudować na bazie przekonania, że dziecko jest z swojej natury dobre, naturalnie dąży do bycia w relacji z drugim człowiekiem i warto poświęcić czas, pobyć z nim, wejść do jego świata, potowarzyszyć mu by dać początek dobrej wspólnej relacji.

*Tytuł tego wpisu stworzyłam w oparciu o daleko idące nadużycie. Moje dziecko nie chodzi na rehabilitację z sąsiadką – odmówiło tej wycieczki, a ja nie znalazłam danych, które dowodziłyby istnienia związku między stylem przywiązania w dzieciństwie a prawdopodobieństwem uprowadzenia czy gwałtu w przyszłości. Moim celem jest przyciągnąć uwagę do tego, co ważne – nasze emocje i emocje naszych dzieci, którym warto poświęcić uwagę i dawać przestrzeń.

 

Zdjęcie: josealbafotos / pixabay.com