Matki (i ojcowie) ponad podziałami – czy to możliwe?

Matki ponad podziałami - o akceptacji

Odkąd człowiek zostaje rodzicem, nic już nie jest takie samo. Rewolucja dotyka twoich potrzeb, weryfikuje twoje przyzwyczajenia, konfrontuje z wartościami, które uznajesz i w końcu – odmienia relacje z ludźmi, których traktujesz jako bliskich. Nie ma bardziej elektryzujących tematów jak te dotyczące wychowania dziecka: karmienia, snu, zabaw, edukacji. To przerażające, ale czasem opowiadając w towarzystwie o tym, jak to jest u Ciebie nieświadomie możesz włożyć przysłowiowy „kij w mrowisko”.

Ślepa ul. Bycia Idealnym Rodzicem

Natrafiłam na wiele tekstów o tym, jak to matki walczą o swoje dzieci jak lwice. O tym, jak to hormony mogą odpowiadać nawet za hejt w Internecie. O tym, jak robić swoje i się nie dać. I tysiące tekstów o tym, jak być jeszcze lepszym rodzicem (to znaczy, lepiej odżywiającym, lepiej wychowującym, lepiej troszczącym się o swoje pacholęta). Nie dalej jak dwa dni temu przeczytałam w tej książce Juula o pewnej grupie rodziców, która traktuje swoje dzieci jako kolejny „projekt do wykonania”. Tyleż straszne, ile prawdziwe i jak krzywdzące – nawet nie umiem sobie wyobrazić odrealnienia i wręcz uwięzienia, w jakim tkwi dziecko (a później także dorosły) próbujący nieustannie udowodnić najbliższym, że (może jednak) jest wartościowym człowiekiem. Być rodzicem idealnym – czyli mającym idealne dziecko – to niewykonalna misja, szkodliwa dla całych rodzin. Niby dużo (coraz więcej?) o tym mówimy. A jednak, mam wrażenie, że „bycie rodzicem wystarczająco dobrym” to w dzisiejszych czasach frazes, określenie tak górnolotne, że trudne do uchwycenia… Zatem, co to właściwie znaczy być kimś (matką, kobietą, człowiekiem) wystarczająco dobrym?

Wystarczająco dobra (dobry) Ja – jestem już tu i teraz!

Czytam czasem dyskusje rodziców w sieci, te bardziej merytoryczne i te bardziej emocjonalne. Na te pierwsze trudniej trafić, ale też są. A wiecie na jakie jest trafić najtrudniej? Na takie, w których pojawia się wzajemne zrozumienie i szacunek. Na takie, w których naprawdę NIE pojawiają się wzajemne oceny albo wyścig „kto ma więcej/gorzej/lepiej”. Na takie, w których każde zdanie ma prawo się pojawić i nie zostaje wykluczone, nawet jeśli zawiera oceny i krytykę – bo nie chodzi wcale o to, by je eliminować, ale reagować na nie inaczej, niż odbijaniem piłki.

Trudno jednak jest dać komuś zrozumienie i empatię, jeśli się samemu jej nie ma… dla siebie. Łatwo jest tępić czyjąś agresję, ale znacznie trudniej dostrzec i przeformułować swoją (dostrzegając np., że tak naprawdę to bardzo potrzebuję docenienia własnych rodzicielskich wysiłków, albo samorealizacji poza rodzinnym życiem, albo… może być tyle odpowiedzi, ile nas razem wziętych!), bo aby to zrobić trzeba najpierw zadbać o akceptację… dla siebie. Chciałoby się wychowywać dzieci ufne wobec świata, dzieci, które czują się bezpiecznie przy nas, dzieci o wysokim poczuciu własnej wartości, dzieci empatyczne, troskliwe… Ale żeby im to dać, najpierw trzeba zatroszczyć się o… uwaga, uwaga… o siebie!

Matki ponad podziałami - o akceptacji

Akceptacja – mam tak jak mam, jestem tym kim jestem, i to jest OK

Nie jest łatwo przekuć to z pozoru trywialne zdanie w prawdziwą zmianę swojego myślenia. Co gorsza, trudno jest dokonać tej zmiany w samotności, bez „odbicia” w relacji z drugim, akceptującym nas człowiekiem. Można czytać całe tomy o autentyczności, samoświadomości, budowaniu relacji – ale dopiero wtedy, gdy przyjrzysz się sobie tak naprawdę i zadasz pytanie „Kim jestem? Co czuję? Czego potrzebuję?”, gdy doświadczysz akceptacji w relacji z drugim człowiekiem, a przynajmniej odważysz się robić małe kroczki i poeksperymentujesz w swojej codzienności („a niech tam, dzisiaj zareaguję na biadolenie męża z większym spokojem, w końcu co mi szkodzi!”) prawdopodobnie zobaczysz realne rezultaty. Myślę, że warto próbować. Warto uznać swoje prawo do swoich emocji i potrzeb i warto zadbać o siebie, by mieć w sobie więcej miejsca dla troski o nasze dzieci i o wzajemne rodzicielskie relacje… W końcu to od nas zależy, czy nasze dzieci będą postrzegać nas zgodnie z powiedzeniem: ”matka matce wilkiem” czy… może jakoś inaczej?

 

Zdjęcie: pixabay.com